W nadziei na lepszą przyszłość

chehov_16 1893
Drogi przyjacielu, odpowiadam Ci na to, co w twoim liście jest najistotniejsze: dlaczego my tak rzadko prowadzimy poważne rozmowy. Kiedy ludzie milczą, oznacza to, że nie mają o czym mówić albo że się krępują. Bo i o czym mówić? Nie mamy polityki, nie mamy życia społecznego ani towarzyskiego, ani nawet ulicznego; nasza miejska egzystencja jest uboga, jednostajna, szara, nieciekawa i rozmowy o niej są nudne, jak korespondencja z Ługowojem. Powiesz, że jesteśmy pisarzami i że to samo przez się wzbogaca nasze życie. Czy istotnie? Ugrzęźliśmy po uszy w pracy zawodowej, ona nas stopniowo odizolowała od świata zewnętrznego w rezultacie mamy mało czasu, mało pieniędzy, mało książek, mało i niezbyt chętnie czytamy, mało słyszymy, rzadko porównujemy Mówić o literaturze? Przecież tyle już mówiliśmy o niej Każdego roku to samo, a wszystko, co zazwyczaj mówimy o literaturze sprowadza się do jednego: kto napisał lepiej, a kto gorzej, rozmowy zaś bardziej ogólne, na szersze tematy nigdy się nie kleją, bo gdy ma się wokół tundrę i Eskimosów, to idee ogólne, jako nie pasujące do naszej rzeczywistości, równie szybko rozpływają się i znikają, jak marzenia o raju. Mówić o swoim życiu osobistym? Tak, czasami to ciekawe, o tym pomówilibyśmy nawet chętnie, ale tu się już krępujemy, bo jesteśmy skryci, brak nam szczerości, powstrzymuje nas instynkt samozachowawczy, boimy się! Boimy się, że naszą rozmowę podsłucha jakiś niekulturalny Eskimos, który nas nie lubi i którego my też nie lubimy; ja na przykład boję się, że mój przyjaciel Siergiejenko, którego uważasz za człowieka mądrego, będzie we wszystkich domach i przedziałach kolejowych głośno rozstrzygać kwestię: dlaczego romansuję z panią N, skoro mnie kocha pani Z. Boimy się naszej etyki, boimy się naszych dam A więc za milczenie, za brak powagi, za jałowość naszych rozmów nie czyń odpowiedzialnym siebie ani mnie, tylko jak powiada krytyka epokę, klimat, terytorium, co chcesz, i pozostaw całą sprawę jej własnym nieuniknionym losom, w nadziei na lepszą przyszłość.

Anton Czechow Listy, przeł. Natalia Gałczyńska, t. 2, Wydawnictwo Literackie 1988.

Ze świata grozy

W „Los Angeles Times przeczytałem następującą historię: Amerykanie zlikwidowali jakąś wieś w Wietnamie, stanowiącą punkt przerzutowy partyzantów. Po akcji reporter podszedł do jakiegoś żołnierza, który wyglądał na wyraźnie rozwścieczonego, i zapytał go, co myśli o tym wszystkim.
- Ach powiedział żołnierz obrzydło mi to wszystko. Rozumiem, że jest wojna, rozumiem, że zabijamy komunistów, bo inaczej oni zabiją nas ale zabijać krowy i szczeniaki, to zupełnie co innego. Tego nie powinno się od nas wymagać.
Przeczytawszy powyższe, uszczęśliwiony pobiegłem do Williama. Bill przeczytał i powiedział, że to nie jest znowu aż takie curiosum. Pokazał mi inny wycinek gazetowy. Była tam historia o człowieku pracującym w więzieniu Alcatraz i od dwudziestu lat taszczącym ludzi do komory gazowej.
- Strażniku powiedział reporter. Pan ma okropny zawód. Co panu pomaga w wykonywaniu tych przeklętych obowiązków?
- Nie wiem powiedział strażnik po chwili namysłu. Ja po prostu lubię ludzi, to wszystko.

Marek Hłasko Listy z Ameryki.

Czarny kaczor z Malibu

Marek Hłasko

Marek Hłasko

Szwendając się bez sensu po mieście, pojechałem pewnego dnia do Malibu i stanąłem na molo czekając na prom obok jakiegoś starego człowieka, który usiłował złowić rybę. Kiedy był już bliski sukcesu, z wody wychynął czarny kaczor i połknął rybę zerwawszy ją z haka. Stary człowiek wpadł we wściekłość. 

- Znowu się tu pojawił, skurwysyn! krzyczał tupiąc nogami. Ile razy mam już rybę na haku, tyle razy ten skurwysyn zrywa mi ją i ucieka, jakby w całym Pacyfiku nie było innych ryb oprócz tej, którą ja właśnie łowię. Ja go znam, tego skurwysyna. Raz mi wlazł na hak, a kiedy go odczepiłem, uszczypał mnie w rękę.  Znów zarzucił wędkę i staliśmy tam razem w słońcu patrząc na wodę a kiedy stary poderwał wędkę, czarny kaczor z wdziękiem zerwał ją z haka i odpłynął. Wściekłość rybaka przeszła wszystkie pojęcie.

- Zastrzelę skurwysyna! krzyczał. On mi to robi specjalnie na złość. Znam go od roku. Od roku nie złowiłem ryby, a to jedyna przyjemność, jaką mam, od czasu jak pogrzebałem żonę. Nie mam nikogo na świecie; wędka, licencja, benzyna, to wszystko kosztuje. On się uwziął na mnie. Zastrzelić tego drania, to jeszcze nagroda.

Odszedłem; po kilku dniach wróciłem tam znowu i słyszałem skrzekliwy, ostry głos starego; powiedziano mi, że on tak szaleje od roku. Stary nazywa się Douglas, ale dla przyjaciół, jak to sam mi powiedział, jest po prostu osobnikiem imieniem Doud. Tak więc odwiedzam czasem starego Douda, kiedy łowi ryby w Malibu, słyszę jego misternie skonstruowane przekleństwa i widzę wspaniale poruszającego się kaczora, odpływającego z rybami Douda. A potem Doud idzie do samochodu i jedzie do Westwood, gdzie jest barmanem i przez całą noc sprzedając piwo opowiada o czarnym kaczorze i o jego nikczemności. Tydzień temu, jadąc do Santa Monica na lotnisko, miałem jeszcze nieco czasu i pojechałem zobaczyć, jak idą sprawy starego Douda. Na molo było pusto i cicho; Doud siedział patrząc w przygnębieniu na swoje chude piszczele. Wędkę odrzucił.

- Co jest, Doud? zapytałem. Ryba nie bierze? 

- Bierze powiedział.

- Dlaczego nie łowisz?

- Nie mam nerwów do tego powiedział. Wiesz, tego skurwysyna już nie ma.

- Kaczora?

- Tak. Nie ma go już od paru dni.

- Przykro mi powiedziałem. Muszę już iść na lotnisko.

- Nie ma go powiedział Doud. Po prostu go nie ma. Czy opowiadałem ci, jak mi wlazł na hak, a ja go odczepiłem i darowałem mu życie, a ten czarny skurwysyn uszczypał mnie w grabę?

- Nie powiedziałem. Nie mówiłeś mi tego. A teraz muszę już iść.

I już nigdy nie widziałem starego Douda łowiącego ryby na molo w Malibu; często myśląc o nim przypominam sobie to, co przeczytałem kiedyś, że człowiek starzeje się nie poprzez lata, lecz tylko dlatego, że zdradza swoje ideę; i że kiedy umiera twoja idea, umierasz i ty.

 Marek Hłasko Listy z Ameryki.

O tym jak się bać

INSTRUKCJA PRZYKŁAD

W pewnym szkockim miasteczku sprzedają książki z białą stronicą w środku tomu. Kto otworzy książkę na tej stronicy o trzeciej po południu umrze.

Na Piazza del Quirinale w Rzymie istnieje punkt (do dziewiętnastego wieku znany wtajemniczonym), skąd widać przy pełni księżyca posągi Dioskurów, jak z wolna poruszaj± się walcz±c ze swymi stającymi dęba końmi.

W Amalfi, tam gdzie kończy się strefa przybrzeżna, jest molo wchodzące w morze i w noc. Hen poza ostatnią latarnią słychać szczekanie psa.

Pewien pan wyciska pastę z tubki na szczotkę do zębów. Nagle widzi drobną figurkę kobiety leżącej na wznak, z koralu lub miękiszu chleba, pociągniętego farbą.

Gdy otwierasz szafę, by wyjąć koszulę, wypada na ziemię stary kalendarz, który rozlatuje się, pokrywając bieliznę tysiącami brudnych motyli z papieru. Słyszano o pewnym komiwojażerze, którego zaczął boleć lewy nadgarstek, dokładniepod zegarkiem. Kiedy zdjął zegarek, trysnęła krew: na ciele był ślad drobnych spiczastych ząbków. 

Doktor kończy swe badanie, a diagnoza uspokaja nas: jego niski, kordialny głos poprzedza leki, na które, siedząc za biurkiem, właśnie wypisuje receptę. Od czasu do czasu podnosi głowę i uśmiecha się, by dodać nam otuchy: nie ma się czym przejmować, za tydzień będziemy zdrowi. Uszczęśliwieni mościmy się w fotelu i z roztargnieniem rozglądamy dokoła. W półcieniu pod stołem widzimy nogi doktora: podkasał sobie spodnie ponad kolana i widać, że na nogach ma damskie pończochy.

Julio Cortazar Opowieści o kronopiach i famach, przełożyła Zofia Chądzyńska, Muza, Warszawa 1999, s.11-12.

Dialog przy barze

Marek Hłasko

Marek Hłasko

Bob: Ja ci znajdę dziewczynę.

David: - Ja przez cztery lata nie pierdoliłem. Pauza. Milczenie.

Bob (po chwili pełnej napięcia): Ja mógłbym wytrzymać jeszcze jeden kieliszek. 

David: - Ale to ostatni. Potem pójdziemy i poszukamy jakiejś dziewczyny.

Piją.

Bob: Prawdę powiedziawszy, to o tej porze nie ma tu nikogo. Trzeba będzie poczekać do wieczora.

David: Dobrze. Ale pamiętaj, że ja cztery lata nie pierdoliłem.

Opowieść o Bobie i Davidzie zakończę morałem: David wrócił do domu dla wariatów dla odbycia powtórnej kuracji nie przespawszy się z nikim. Morał: alkohol i tak dalej.

Marek Hłasko  Bob-David. Dialog przy barze [w]: tegoż Listy z Ameryki.

Więzy rodzinne

pocztówka - wenecja

Tak nienawidzą ciotki Angustias, że nawet podczas wakacji usiłują dać jej to do zrozumienia. Zaledwie rodzina rozjedzie się na wakacje — zalew kolorowych pocztówek, a w ich braku nawet czarnobiałych, co do jednej pełnych wymysłów. Z Rosario, z San Andrśs, z Chivilcoy, z rogu Chacabuco i Moreno, listonosze po sto razy dziennie, ciotka Angustias zachwycona. Nigdy nie opuszcza domu, lubi spędzać czas na patio, gdzie cała szczęśliwa czeka na pocztę. Rodzaje pocztówek: „Cześć ohydo, niech cię grom spali — Gustaw. „Pluję na ciebie — Józefina, „Niech ci kot obszcza pelargonie — siostrunia. I tym podobne.

Ciotka Angustias wstaje skoro świt i czatuje na listonoszy, którym daje solidne napiwki. Czyta odkrytki, podziwia zdjęcia, znowu je odczytuje. Wieczorem wydobywa album i starannie umieszcza w nim całodzienny plon, tak by było widać pozdrowienia. „Kochanieńcy, ile to mi się naprzysyłają tych pocztówek, myśli ciotka Angustias, „na tej krówka, a na tej kościółek, na tej jezioro Treful, a na tej bukiet kwiatów, i ogląda je ze wzruszeniem i w każdą wbija szpileczki, żeby nie uciekły z albumu, przy czym nie wiadomo czemu szpileczka zawsze przebija podpis na kartce.

Julio Cortazar Więzy rodzinne [z]: tegoż Opowiadania o Łukaszu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982, s. 28-29.

Sny

Salvador Dali Sen spowodowany lotem pszczoły
wokół owocu granatu, na jedną sekundę przed przebudzeniem.

Czasami podejrzewa je o strategią lampartów powolnie zdążających ku środkowi, ku bestii zaczajonej i drżącej — istocie snu. Ale budzi się, zanim lamparty porwały ofiarę, i pozostaje mu tylko zapach dżungli, głodu, pazurów; to musi wystarczyć do wyobrażenia sobie bestii i nie wystarcza. Rozumie, że polowanie musi trwać przez wiele jeszcze snów, ale umyka mu powód tego tajemnego opóźniania, tego nie kończącego się przybliżania. Czyżby sny nie miały celu, czyżby nie bestia była ich celem? Czemu odpowiada stałe zatajanie ich ewentualnego imienia? seksu, matki, wzrostu, kazirodztwa, jąkania się, sodomii? Dlaczego tak jest, skoro sny do tego służą, by w końcu ukazać bestię? Chociaż nie, widocznie sny są po to, by lamparty dalej krążyły po swej nie kończącej się spirali i tylko pozwalały mu w mgnieniu oka dojrzeć na polanie w puszczy jakąś skuloną figurę, odczuć jakiś zatęchły zapach. Nieskuteczność snów jest karą, może przedsionkiem piekła; Łukasz nigdy się nie dowie, czy bestia rozszarpie lamparty, czy rzuci się wyjąc i  potrząsając szydełkiem ciotki, która pieściła go w tak dziwny sposób, kiedy go myła pewnego popołudnia w wiejskim domu, kiedyś tam, w latach dwudziestych.

Julio Cortazar Łukasz: sny [z]: tegoż Opowiadania o Łukaszu, wydawnictwo Literackie, Kraków 1982, s.74.

Przesłuchy Miron Białoszewski

Miron Białoszewski 4

Miron Białoszewski 

Przesłuchy

Co pani zwariowałana suficiei pupu kui pupu ku

Łapię szczotkę za sztuczny kij
i walę w górę.
I nic.
Nasłuchuję.
I nic.
Wylatuję. Aż wstyd.
To nie ona.
Ucho do ścian.
Po piętrach.
Tu?
Nie.
Tu?
Tam.
I tam.
Dom.
Cały.
Sam.
Mgła.

Miron Białoszewski

O poczuciu fantastyczności

Julio Cortazar

Julio Cortazar

Dziś z rana Teodor W. Adorno wykonał pewien koci numer; w połowie pasjonującej przemowy, pół jeremiady, a pół-ocierania się o moje spodnie, nagle znieruchomiał, sztywno zapatrzył się w jeden punkt w powietrzu, gdzie aż po ścianę z klatką biskupa z Evreux, który nigdy, przenigdy nie interesował Teo­dora moim zdaniem nie było nic do widzenia. Każda angielska dama byłaby wyjaśniła, że kot zobaczył zjawę poranną, jedną z autentycz­niejszych i łatwiejszych do zidentyfikowania, i że przejście od początkowego znieruchomie­nia do powolnego obrócenia głowy aż do drzwi wejściowych świadczyło ponad wszelką wąt­pliwość, że zjawa akurat sobie poszła, prawdo­podobnie zniechęcona faktem, że ktoś tak uporczywie ją śledzi. 

Continue reading

O prowadzeniu dziennika

Sławomir Mrożek

Sławomir Mrożek

26 października 1962 roku, piątek

We wrześniu, czternaście lat temu, zacząłem pisać dziennik. W październiku, trzy lata temu, spaliłem bez żalu kilkanaście albo dwadzieścia kilka tomów, po dwieście stron blisko każdy. Uczucia dla tego dziennika straciłem już mniej więcej na trzy lata przed spaleniem, prowadziłem go coraz mniej regularnie, w ostatnich latach przed auto da fe zupełnie nie. Monstrum składało się z trzech motywów: potrzeba znalezienia się jakoś sam na sam z czystym papierem (było to na długo przed debiutem), potrzeba załkania przed kimś, choćbym to był ja sam, gromadzenia jakichś doświadczeń, notatek z lektury, poglądów etc.

Continue reading